Dodaj do porównania

Życie i wojna ze “szkodnikami”

Co jako pierwsze przychodzi wam na myśl, kiedy słyszycie określenie “szkodniki”? Szpaki? Szczury? Ślimaki? Stonki, mole, mszyce? W zależności od perspektywy, każdemu z was pewnie coś innego. Jedno jest pewne – pojęcie to odnosi się do wszystkich stworzeń, które zagrażają, szkodzą ludzkim interesom. Z ekologicznego punktu widzenia jednak, kategoria “szkodnika” w ogóle nie istnieje, a walka z nimi ma nierzadko katastrofalne, daleko idące konsekwencje. Postaramy się zatem przybliżyć, z jakimi “szkodnikami” i gdzie mamy styczność oraz jakie etyczne i ekologiczne wątpliwości mogą budzić różne sposoby walki z nimi.

Szkodniki przy stole

Zacznijmy, naturalnie, od początku. Kogo właściwie określamy mianem “szkodników”? Przede wszystkim organizmy, które bezpośrednio zagrażają żywności, zanim trafi ona na nasz stół. Są to w pierwszej kolejności drobne owady, które żywią się roślinami uprawnymi, jak np. larwy śmietki kapuścianej na roślinach kapustnych (kapusta, brokuł itd.) czy stonka ziemniaczana żerująca na bulwach ziemniaków. Uprawom, w szczególności zbóż, zagrażają także większe zwierzęta, jak gryzonie czy dziki i sarny (omówienie myślistwa zostawmy jednak na inną okazję). W przypadku sadów, szkody przynoszą zarówno drobne owady, np. owocówka jabłkóweczka, jak i ptaki, np. wróbel zwyczajny. Na szkodniki roślin jadalnych natknąć możemy się również w prywatnym ogrodzie. Oprócz wyżej wymienionych, chętnie odwiedzają nas też mszyce i ślimaki.

Niestety, także po zbiorach żywność nie jest bezpieczna. Magazyny, w których się ją przechowuje, stale narażone są na wizyty myszy, szczurów i całej tej – pięknie nazwanej – drobnicy, np. wołków zbożowych, mklików czy rozkruszków mącznych. Podobnie, jeśli chodzi o żywność przetrzymywaną w naszych domach.

Szkodniki w muzeum

Anthrenus museorumChociaż wyjątkowo mało słyszy się o nich poza branżą muzealniczą i konserwatorską, szkodniki eksponatów muzealnych przysparzają sporo kłopotów. Dla przykładu, mrzyki muzealne, czyli małe, niepozorne chrząszcze, szczególnie upodobały sobie wyroby z tkanin, drewna, skóry i papieru. Powodują niszczenie eksponatów poprzez składanie w nich jaj i żerowanie larw. Jeśli już jeden element kolekcji padnie ich ofiarą, ciężko jest utrzymać zbiór w nienaruszonym stanie. Jak to z cennymi przedmiotami bywa, stosowanie chemii zazwyczaj nie wchodzi w grę. Osoby odpowiedzialne za zbiór zmuszone są pozbyć się nieproszonych gości manualnie. Co, oczywiście, w przypadku malutkich jaj wcale nie jest takie łatwe.

Szkodniki domatorzy i mieszczuchy

Równie irytująca może się okazać obecność szkodników domowych. Kto z nas, chociaż raz w życiu, nie widział rybika cukrowego? Te małe szczeciogonki tak naprawdę tylko czasami powodują szkody w zbiorach książkowych, poza tym są niegroźne, a wręcz niekiedy pożyteczne. Ze względu na to, sporo osób zostawia je w spokoju, a nawet czerpie radość z obserwacji ich poczynań. Ich naturalnym wrogiem są pająki, które – jeśli obecne w naszym domu – skutecznie ograniczają ich populację.

mole spożywczeDużo bardziej kłopotliwe są karaluchy, mkliki czy omacnice (potocznie nazywane molami). Chociaż gatunków jest sporo, wszystkie z nich uwielbiają szperać w naszym jedzeniu, a pozbycie się ich domowymi sposobami graniczy z cudem.

Niekwestionowanymi specami od szperania są jednak myszy i, w przeważającej mierze, szczury. O ile w miastach do naszych mieszkań dostają się relatywnie rzadko, tak niezabezpieczone śmietniki i magazyny (np. przy ogrodach zoologicznych), to zupełnie inna sprawa. Rzeczywiście, te gryzonie mają ogromne zdolności przystosowawcze i potrafią odnaleźć się wszędzie tam, gdzie żyje człowiek. Naturalną koleją rzeczy, nierzadko wchodzimy sobie nawzajem w drogę.

Jesteś zbyt inteligentny? Giń w agonii

lep na szczuryWalka ze “szkodnikami” z grupy gryzoni jest wątpliwa zarówno pod względem etycznym jak i ekologicznym. Metody, które nie zagrażają bezpośrednio środowisku, jak na przykład sprężynowe pułapki na myszy czy lepy, są wyjątkowo okrutne. Zwierzę złapane w taką pułapkę kona w agonii przez długie godziny.

Z drugiej strony, chemiczne środki, które wykazują dużą toksyczność, działają równie bezwzględnie. Niektóre trutki powodują powolne wysuszanie organizmu od wewnątrz (lub, jak to ujmują producenci – mumifikację). Inne, jak np. trutki z antykoagulantami, powodują śmierć przez krwotok wewnętrzny. Na tym kreatywność deratyzatorów jednak się nie kończy, w zanadrzu mają bowiem też preparaty, które powodują problemy neurologiczne i dosłowne “szaleństwo” z bólu.

Nie dajcie się jednak zmylić – to bynajmniej nie jest szybka śmierć. Producenci trutek doskonale wiedzą, że szczura nie tak łatwo oszukać. Gdyby zwierzę padło chwilę po spożyciu środka, reszta grupy już by go nie dotknęła. W takiej sytuacji, cały plan deratyzacji szlag by trafił. Dlatego właśnie, trutki zabijają powoli, zazwyczaj przez kilka dni.

Rodentycydy, czyli jak zabić sowę celując w szczura

zatrucie wtórne rodentycydyDo zatrucia rodentycydami może dojść także u dzieci, jeśli z ciekawości zjedzą kolorowe granulki, czy u łakomych psów na spacerze. W takim przypadku jednak, to my jesteśmy odpowiedzialni za drugą istotę i zazwyczaj potrafimy odpowiednio zareagować, wezwać profesjonalną pomoc. Zupełnie inaczej wygląda sytuacja w przypadku dzikich mieszkańców terenów zurbanizowanych. Niewielkie organizmy, które mogą konkurować ze szczurami o dostęp do pożywienia, jak np. szpaki czy norniki, umierają od trutki niepostrzeżenie, daleko poza naszą świadomością.

Na chemicznych rodentycydach, a antykoagulantach szczególnie, pośrednio ucierpieć mogą wszystkie drapieżniki, które upolują zatrutego szczura (lub inne zwierzę, które nie było targetem deratyzatora). Dotyczy to oczywiście także padlinożerców, którzy odżywiają się zwłokami. Jako, że mechanizm krzepliwości krwi działa u większości ssaków i ptaków analogicznie, mogą przez przypadek stać się ofiarą tzw. zatrucia wtórnego. Otruty szczur traci umiejętność ucieczki i potrzebę ukrywania się, co zwiększa prawdopodobieństwo ekspozycji na atak drapieżników, np. sów. Trutka ulega bioakumulacji w ich ciele, osiągając nierzadko stężenia letalne (śmiertelne). Stężenia takie mogą być osiągane wyjątkowo szybko – tym bardziej, że jeden szczur potrafi zjeść dawkę kilkukrotnie wyższą niż dawka dla niego śmiertelna.

Rodentycydy zagrażają całym ekosystemom

Jakby tego było mało, pod wpływem trucizny, gryzoń o nocnym trybie życia zaczyna wychodzić na otwarte przestrzenie także w ciągu dnia. To jest z kolei okazja na łatwą (i nierzadko śmiertelną) ucztę dla lisów, łasic, pustułek czy myszołowów. Zdarzały się także doniesienia na temat obecności rodentycydów w ciałach norek, jeży, a nawet objętych ścisłą ochroną rysi.

Problem w tym, że trutką niekiedy żywią się także owady, które zjadane są na dalszych poziomach troficznych. Insekty same w sobie zatrute mogą być też celowanymi w nie pestycydami (o prawdopodobnie jeszcze większych konsekwencjach środowiskowych). Załóżmy więc, że nietoperz polujący na owady będzie odkładał w swoich tkankach zarówno insektycydy jak i rodentycydy, drapieżny ptak zje kilka takich nietoperzy włącznie z kilkoma zatrutymi szczurami – i pośrednią ofiarą naszej walki ze “szkodnikami” padnie kolejny, przypadkowy organizm. Niestety nie istnieją dokładne szacunki dotyczące liczby zwierząt w ten sposób otrutych, niemniej jednak jest zjawisko często dokumentowane.

Deratyzacja po ludzku

Jak możemy walczyć z takim stanem rzeczy? Oczywiście nie będziemy namawiać was, żeby tolerować w swoim życiu pasażerów na gapę, ale istnieją alternatywy dla szkodliwych rodentycydów, które warto rozważyć. Są one nie tylko lepsze dla gryzoni, które przecież nie działają celowo przeciwko nam, a wyłącznie walczą o własne przetrwanie, ale także dla innych dzikich zwierząt, które w tym łańcuchu też przecież znalazły się przez przypadek.

Po pierwsze – na rynku dostępne są odstraszacze dźwiękowe i zapachowe, które są dla intruzów na tyle nieznośne, że po prostu omijają dany teren szerokim łukiem. W przypadku nielicznych lub większych “szkodników” dobrze może sprawdzić się żywołapka, która umożliwia wyłapanie gości i przetransportowanie ich w niezagrażające ludzkiej działalności miejsce (chociaż niektóre źródła twierdzą, że gryzonie nie są w stanie poradzić sobie w całkowicie obcym środowisku).

Jedną z bardziej skutecznych, etycznych metod ograniczania populacji szczurów w mieście jest ContraPest. To innowacyjny produkt, który upośledza funkcje rozrodcze gryzoni zapobiegając ich rozmnażaniu się. Wypróbowano go po raz pierwszy kilka lat temu w Nowym Jorku – dzięki jego zastosowaniu, populacja szczurów zamieszkujących tamtejsze metro zmniejszyła się o połowę w ciągu trzech miesięcy.

Ponad wszystko warto jednak uniemożliwić “szkodnikom” przedostawanie się do śmietników, budynków, mieszkań i miejsc, gdzie przechowuje się żywność. Wszelkie nieszczelności w elewacji warto od razu naprawiać lub zgłaszać do spółdzielni, a osobiste zapasy trzymać w szczelnie zamkniętych opakowaniach/słoikach. Czystość i bezzwłoczne usuwanie wszelkich resztek to także dobry sposób, żeby zniechęcić nieproszonych gości do odwiedzin.

gryzonie

Istnieje naprawdę sporo alternatyw – być może zamiast sięgać po najbardziej popularne rozwiązania, warto spróbować rozwiązać sprawę pokojowo i bez szkód dla reszty mieszkańców Ziemi?

Źródła:
Smith R.H., Shore R.F., 2015: Environmental impact of rodenticides [w:] Rodent Pests and their Control, rozdz. 16, CAB International, 330-345 (dostępne tutaj)
https://www.nature.com/news/killing-rats-is-killing-birds-1.11824
https://www.newscientist.com/article/2130114-menopause-causing-bait-is-curbing-rat-populations-in-new-york/

We will be happy to hear your thoughts

Dodaj Odpowiedź

Logo
Login/Register access is temporary disabled
Compare items
  • Total (0)
Compare
0